Dzisiejszy odcinek Krótkiej piłki napisałem ku przestrodze wszystkich tych słuchaczy, którzy chcieliby sięgnąć po pewne dwie płyty, którymi zwyczajnie nie warto zawracać sobie głowy.

South Blunt System „I’m Seeing”
(2013; UrbanRec.)
Projekt South Blunt System z wokalistą Szymonem Chodynieckim zadebiutował w pierwszej połowie roku albumem „I’m Seeing”. Materiał, jak czytamy w zapowiedzi, jest przekrojem ich działalności z ostatnich trzech lat. Młodym wykonawcom należy dawać szansę, jednak jeśli tak ma wyglądać przyszłość krajowej sceny, muszę zameldować, że nie jest kolorowo. I chociaż cenię sobie bardzo zespoły grające organiczny hip-hop (patrz: Mango Collective, Eskaubei & Funky Flow, PomaU) w obronie South Blunt System nie stanę. Po pierwsze, to nie jest hip-hop. Nie mam z tym oczywiście żadnego problemu, ponieważ ograniczanie się do jednego gatunku nie jest w moim stylu. Istotniejszy jest fakt, że to, co zostało stworzone przy pomocy perkusji, gitar, klawiszy i gramofonu, zupełnie nie odnajduje się w ramach zestawienia słów „dobra muzyka”. Nie zrozumcie mnie źle: nie neguję zdolności Chodynieckiego, który – jak sam zaznaczył w notce biograficznej umieszczonej na Facebooku – ukończył szkołę muzyczną na wiolonczeli, gra na fortepianie, gitarze i zna podstawy perkusji. Zwracam jedynie uwagę na poziom nagrań zaprezentowanych na płycie, który na szerszym tle (czytaj: polska muzyka) jest zwyczajnie kiepski. Nie hejtuję zalatujących dziecinada i naiwnością tekstów – czego innego możemy spodziewać się po młodym chłopaku, który nie zebrał jeszcze bagażu doświadczeń czterdzisto- czy pięćdziesięciolatka? Ktoś powie „muzyka dla gimnazjum”, ja wolę określenie „muzyka dla rówieśników i młodego pokolenia” (poza tym historia pokazuje, że niektórzy muzyczni idole dzisiejszych dojrzałych słuchaczy, w przeszłości występując z „makaronem na głowie”, wcale nie zaczynali od wielu pochwał). Na „I’m Seeing” dające się wysłuchać do końca pozostają „Samozagłada”, „Czasy się zmieniły” i „Bit oparciem”. Problem w tym, że takich piosenek w polskiej muzyce reggae/rap/pop było już sporo i na płytach innych wykonawców byłyby one jedynie przysłowiową „zapchajdziurą”. Nie rozumiem sięgania po teksty anglojęzyczne w sytuacji, kiedy nieopanowany zostaje do końca język ojczysty. Jedynym pozytywem, jaki wynoszę z godziny obcowania z tą płytą, jest wokal. To głos, nad którym Chodyniecki powinien teraz intensywnie pracować, jest według mnie szansą na przyszłość. Na teraz to jednak za mało. Nie wiem jaką politykę wydawniczą obiera wytwórnia UrbanRec., jednak promowaniem tego typu płyt strzela sobie w stopę, narażając przy okazji debiutującego wykonawcę na falę krytyki (bądź co bądź – uzasadnionej). Zdecydowanie najgorszy polski album jaki ukazał się w 2013 roku.


Jessie J „Alive”
(2013; Lava)
Płytą „Who You Are” z 2011 roku zachwyciła, potwierdzając tym samym słowa krytyków przyznających jej trzy lata temu nagrodę BBC Sound dla najbardziej perspektywicznego młodego twórcy muzycznego. Dzisiaj Brytyjka obniża loty. Niby wciąż pozostaje drapieżną wokalistką (drapieżność ta przez zmianę wyglądu wydaje się teraz nawet spotęgowana), zapomina jednak o tym, co powinno przyświecać każdemu twórcy: jakości prezentowanych nagrań. Polotu i świeżości na „Alive” znajdziemy tyle, co kot napłakał. Klubowe dźwięki przeplatające się ze współczesnym brzmieniem R&B stanowią niby mieszankę łatwą do sprzedania, ale zaczynającą powoli nudzić – tym bardziej, jeśli muzyka wydaje się być kalką słyszanych już wcześniej utworów. Płytę ratują wolniejsze, balladowe momenty, które jednak i tak nie wykorzystują w stu procentach mocy, jaką skrywają struny głosowe Jessiki. (MAK)






Dodaj komentarz