Nie wiem ile złych rzeczy musiało spotkać Deobsona w ostatnim etapie jego życia i jaka część z nich znalazła się na płycie w formie „szesnastek”, jednak musiało być tego naprawdę sporo. W innym razie „Oddycham” nie byłoby płytą aż tak gorzką.
„Jednym się przypominam, drugim się przedstawiam” rapuje w utworze „Stawiam sprawę jasno”, jaki otwiera płytę „Oddycham”. Starsi fani rodzimego hip-hopu skojarzą tę ksywkę od razu. Płyta „DeobeDena.com”, mająca swoją premierę dziewięć lat temu, do dzisiaj stanowi jeden z ciekawszych materiałów początku XXI wieku, jaki ukazał się w polskiej rap grze. Od tamtego czasu Deobsona nie udzielał się za wiele, odpoczywając on od rapu z przerwami na pojedyncze numery. Teraz zalicza coś w rodzaju drugiego debiutu.
Deobson dojrzał, a tematy pojawiające się w tekstach nie są słodkie i przyjemne. Jeśli PMM tegoroczną płytą zatrzymywali gniew (sprawdź recenzję), Deobson zatrzymał wkurwienie. Jego plan na album był prosty: „wypluć i wyrzygać złe emocje, zanim rozpocznie etap vita, skończy etap morte”. „Oddycham” nie jest już pochwałą życia, młodzieńczych fantazji i imprezowego stylu. To album odziany w czarne barwy, bardzo osobiste teksty, będący rozrachunkiem z przeszłością i tym, co przyniósł przez ostatnie lata los. Monotematyczny? Na pewno, ale taki był przecież zamiar.
Dekada to dużo – szczególnie w muzyce. Nawet największy laik przyzna, że przez te dziewięć lat, jakie minęły od premiery płyty z Deną, hip-hop się zmienił. Przede wszystkim od strony produkcyjnej, może trochę mniej – ale jednak również – w kwestii podejścia do samego rapowania. Na scenie pojawiło się sporo nowych twarzy, dla których wcześniejszy krążek Deobsona jest dzisiaj czymś w rodzaju archeologicznego znaleziska. Po „Oddycham” zupełnie nie widać (słychać!) rozłąki z rapem. Emcee przewyższa umiejętnościami większość nowych twarzy, bardzo dobrze wypadając również na tle przedstawicieli tzw. starej szkoły. Raper przyznaje się zresztą do tego sam, co udowadnia tylko, że zna swoją wartość, a z majkiem w ręku czuje się pewnie.
Doborem gości i ich poziomem płyta może nie powala (obok dobrych zwrotek Te-Trisa, Eskaubei i Zeusa, przeciętne linijki dograli m.in. Bonson, Tek i HuczuHucz), ale myślę, że nie to jest tutaj najistotniejsze. Deobson robiąc bardzo osobisty materiał, chciał zapewne, aby wparli go w tym przedsięwzięciu ci przedstawiciele sceny, dla których zbicie piątki na koncercie i wspólny kawałek to nie tylko zagrywka marketingowa i pokazaniem „kto z kim trzyma”, ale dowód na faktyczną przyjaźń i szacunek w stosunku do drugiej osoby.
Chociaż tegoroczny materiał sygnowany ksywką Deobsona to raczej ta „ciemna strona życia”, po sprawdzeniu całego krążka na mojej twarzy pojawia się zawsze uśmiech. W gruncie rzeczy przez te zasnute chmurami teksty przebijają się promienie słońca, a dopisek „ODDYCHAM” pod tracklistą niesie pozytywny przekaz i nadzieję na lepsze jutro. (Mateusz „Axun” Kołodziej)
Deobson „Oddycham” |
![]() |






Dodaj komentarz