Początek lat 70. ubiegłego wieku w muzyce to triumfy takich wykonawców, jak Led Zeppelin, Deep Purple, The Doors, Neil Young i Van Morrison. O piosence tego ostatniego traktuje dzisiejsza odsłona cyklu Gold Song.
Van Morrison (foto: Norman Seeff/Exile Productions; facebook.com/vanmorrisonofficial)
George Ivan Morrison po płycie „Astral Weeks” (1968) był już popularnym wykonawcą, jednak to kolejny album – „Moodance” – sprawił, że zaczęli mówić o nim wszyscy. Wydany w 1970 roku nakładem Warner Bros. materiał był pierwszym albumem Van Morrisona, który zyskał spore uznanie w oczach (uszach?) amerykańskich słuchaczy (miejsce w pierwszej 30. tamtejszego notowania), co przełożyło się także na komercyjny sukces wydawnictwa i pokrycie się płyty tzw. platyną.
„Moodance” było zwrotem o niemal 180 stopni w stosunku do wspomnianej już wcześniej płyty „Astral Weeks”. Akustyczne i minimalistyczne brzmienie na trzecim solowym albumie Van Morrison postanowił zastąpić większą ilością dźwięków i intensywniejszym wykorzystaniem instrumentów (saksofonów: sopranowego, altowego i tenorowego; fletu, organów, tamburynu, harmonijki ustnej, wibrafonu, o standardowych gitarach, perkusji czy basie nie wspominając). Mieszanka ta dała zestaw piosenek, które z łatwością przekraczały granice soulu, folku, country, bluesa i jazzu. W klimacie tego ostatniego utrzymany jest chociażby utwór tytułowy, który prezentuję poniżej.
Fun fact? Nie potrafię tego wyjaśnić, ale w mojej głowie „zakodowałem” sobie, że Van Morrison nie żyje. Ile razy rozmawiam z kimś o jego muzyce, za każdym razem mówię coś w stylu „Szkoda, że już nie żyje”. Sekundę później orientuję się, że muzyk ma się dobrze, koncertuje i niejedną piosenkę pewnie jeszcze nagra. (MAK)





Dodaj komentarz