Swoją premierę ma właśnie trzecia solowa płyta Justina Timberlake’a. „The 20/20 Experience” zbiera pierwsze pozytywne recenzje. Ale przecież nie zawsze było tak kolorowo…
Dzisiejsza gwiazda muzyki pop i R&B, człowiek, który postrzegany jest przez słuchaczy i dziennikarzy jako artysta potrafiący z muzyki teoretycznie miałkiej wyciągnąć coś więcej niż zwykłe dźwięki, kiedyś był symbolem obciachu. Tak, nie bójmy się tego powiedzieć głośno. Timberlake i jego czwórka przyjaciół (JC Chasez, Chris Kirkpatrick, Joey Fatone i Lance Bass), współtworząc boysband ‚N Sync, wyznaczali kolejne granice muzycznego absurdu i żenady. Pomiędzy 1995 a 2002 rokiem grupa nagrała trzy albumy studyjne i dwie płyty świąteczne. Owszem, sprzedaż tych wydawnictw była imponująca (kilkukrotna platyna w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, złoto w krajach europejskich), ale jakościowo piosenki znajdujące się na tych krążkach nigdy nie były dobre. Po prostu w tamtym okresie słuchacz masowy sięgał po taką muzykę. Odbiorcy dzisiejszej twórczości Timberlake’a tamte utwory traktują zapewne jako młodzieńcze wygłupy swojego idola.
‚N Sync (foto: last.fm)
Ale po co to wszystko piszę? Ku przestrodze. Wszystkim z wielką łatwością przychodzi dzisiaj krytykowanie poczynań pewnego młodzieńca, imiennika Timberlake’a. Mowa oczywiście o Justinie Bieberze. Jego muzyka nie przypada do gustu wszystkim. Sam nie jestem fanem tego chłopaka, ale nie skreślam go i o to samo proszę również innych. Bo w chwili premiery pierwszej płyty ‚N Sync – zatytułowanej „*NSYNC” (1997), z której to pochodzi prezentowany poniżej utwór „I Want You Back” – Timberlake miał szesnaście lat. Bieber wydając debiutancki krążek również liczył sobie szesnaście wiosen. JT rozwinął się i jest jednym z tych wykonawców, których dzisiaj śmiało postawić można w pierwszym szeregu muzycznych osobowości. Kto wie, może za piętnaście-dwadzieścia lat Bieber i One Direction będą tymi, po których płyty sięgać będziemy z dumą? Nigdy nie mów nigdy! (MAK)





Dodaj komentarz