Renata Przemyk – artystka, której przedstawiać nie trzeba. Na muzycznej scenie porusza się pomiędzy rockowym graniem, piosenką poetycką i alternatywnymi brzmieniami. W rozmowie z AxunArts opowiedziała o płycie „Akustik Trio”, przygodzie z teatrem, współpracy z Anną Saraniecką i nagrywanym właśnie albumie z kolędami.
Koncert w Tarnowie zagrała Pani w miejscowym teatrze. Czy występy w tego typu miejscach przywołują wspomnienia z przeszłości?
I to niejedno. Jestem osobą bardzo emocjonalnie związana ze sceną teatralną – zwłaszcza odkąd piszę muzykę do sztuk, a robię to już od dziesięciu lat. W przeszłości miałam przecież okazję zagrać rolę w Teatrze Rozrywki w Chorzowie.
Renata Przemyk
Gdyby pojawiła się teraz propozycja wystąpienia w dużym spektaklu, od znanego reżysera – przyjęłaby ją Pani?
Granie w teatrze nie jest mi obce. Cały czas gościnnie gram w Teatrze Bagatela w Krakowie w spektaklu „Tramwaj zwany pożądaniem”. Mam wielką, trzyminutową rolę Meksykanki w drugim akcie (śmiech). Nie jest ona specjalnie rozbudowana, ale bardzo znacząca dla całej sztuki. Natomiast na pewno rozważyłabym taką propozycję. Zależałoby to jednak od kilku czynników. Przede wszystkim musiałabym czuć, że udźwignę rolę, że będzie się to mieściło w wachlarzu moich umiejętności. Nie jestem przecież zawodową aktorką. Generalnie jestem osobą otwartą na przygody i uwielbiam wyzwania, a duża rola niewątpliwie byłaby właśnie takim wyzwaniem.
Praca w teatrze z pewnością dała Pani wiele.
Dzięki teatrowi udało mi się przekraczać pewne bariery niewiary w siebie, nieśmiałości i różne inne ograniczenia. Dobrze na tym wychodziłam. Pamiętam jak dostałam rolę Hortensji w „Terapii Jonasza” – byłam jednocześnie podekscytowana i przestraszona. Wpływ na moją decyzję miał na pewno fakt, że reżyserem był mój dobry znajomy Jacek Bończyk. Do tego miałam grać z zespołem, który w dużej części znałam. Przyznam się, że nie zdawałam sobie od początku sprawy na co tak naprawdę się piszę. W trakcie prób okazywało się, co jeszcze przede mną. Musiałam na przykład nauczyć się mdleć. Na początku było nieciekawie. Po pierwszych próbach miałam sporo siniaków, za to teraz mdleję jak na zawołanie (śmiech). Na potrzeby sztuki musiałam po bardzo długim okresie czasu założyć buty na wysokim obcasie, a na dokładkę dość ciężkie i niewygodne upięcia włosów oraz kostium z gorsetem i dodatkowe poduchy na pupę. Miałam mieć kształty jak Rita Hayworth (śmiech). Reżyser dodatkowo wymyślił, że pierwsze moje wejście na scenę odbędzie się przez wepchnięcie przez tancerzy wanny, w której ja miałam stać. Ledwo łapałam równowagę. Byłam o włos od spektakularnego upadku, a na dokładkę miej więcej w połowie drogi zaczynałam jeszcze śpiewać. Później, w trakcie sztuki, pojawiał się taniec synchroniczny, dialogi, partnerowanie. Dla mnie to było duże wyzwanie. Wcześniej znałam scenę jedynie od tej muzycznej strony: miałam wyjść i zaśpiewać. Niczego innego ode mnie nie wymagano. Po udziale w tej sztuce stałam się bogatsze w wiele doświadczeń. Tak naprawdę wtedy poczułam, że mogę zrealizować swoje marzenie, czyli projekt Akustik Trio, w którym, oprócz śpiewu, równocześnie gram i prowadzę swego rodzaju monolog skierowany do publiczności. Na potrzeby projektu zaczęłam nawet grać na bębnach. Wcześniej tego nie robiłam! Wcześniej wydawało mi się, że nie będę w stanie w tym samym czasie grać i śpiewać. Teraz, nie dość, że mówię do mikrofonu, na dole gram na bębenku, łokciem trącam perkaszyny poprzecznie powieszone na statywie, to ostatnio wymyśliłam sobie dzwonki dowiązywane do kostki u nogi. Bawię się tym fantastycznie. Przełamałam jeszcze jedną barierę – improwizacji. Wcześniej nie do pomyślenia było, aby coś odbyło się poza moją kontrolą. Aranżacje były zamknięte, musiałam dokładnie wiedzieć, co nastąpi w danej sekundzie utworu. Nie dopuszczałam żadnych zabaw.
Czy koncerty w ramach Akustik Trio, oprócz wspomnianego zwiększenia aktywności w kwestii grania na instrumentach i przełamywania barier, wpłynęły jeszcze na Panią w inny sposób?
Gram równolegle koncerty z pełnym zespołem i z trio. Przez improwizację, która ma miejsce podczas występów Akustik Trio, podczas koncertów z „dużym zespołem” nie czuję się w pełni wykorzystana. Z Akustik Trio, w momencie kiedy nie śpiewam – gram, opowiadam, zmieniam rekwizyty. W „dużym składzie” zaczęło mi tego wszystkiego brakować. Pomiędzy piosenkami nudzę się na scenie (śmiech), dlatego czas, kiedy muzycy nie są jeszcze przygotowani do grania kolejnego utworu, wykorzystuję teraz na opowiedzenie czegoś. To nie jest nigdy planowane, to potrzeba chwili. Czasami powiem coś głupiego i później śmieję się sama z siebie. Na szczęście publiczność razem ze mną.
Ten sceniczny luz, który objawia się podczas koncertów w ramach projektu akustycznego, nie byłby możliwy gdyby nie odpowiedni współpracownicy.
Istotne było to, że trafiłam na dwóch odpowiednich muzyków, którym zaufałam. Z Błażejem (Błażej Chochorowski – przyp. red.) i Maćkiem (Maciej Mąka – przyp. red.) podobnie słyszymy muzykę, w podobnym kierunku zmierzają nasze myśli z nią związane. Poczuliśmy to dość szybko. Już po pierwszych próbach wiedziałam, że to są właściwi ludzie.
Cały czas zastanawiam się, dlaczego „Akustik Trio” nie jest płytą typowo koncertową. Ten materiał miałby wówczas większa moc.
Pewności nie ma (śmiech).
Ale pojawił się pomysł, aby zarejestrować materiał w formie koncertowej?
W pewnym momencie taki pomył się zrodził. Czekałam trzy lata, aż te piosenki dojrzeją. Ciągle wydawało mi się, że to nie jest jeszcze ten właściwy moment. Na każdym koncercie pojawiają się nowe elementy, czasami zagramy coś inaczej. Na tym ten projekt właśnie polega – te piosenki żyją swoim życiem podczas koncertów, a kolejne występy różnią się od siebie. W końcu daliśmy się przekonać publiczności. W kwestii zarejestrowania koncertu pojawiło się kilka mankamentów technicznych i problem z wyborem miejsca. Czasami graliśmy w fantastycznej sali, ale po przyjeździe okazywało się, że nie ma przestrzeni dla kamerzystów i dźwiękowców. Uznałam, że jest to jakiś znak, że trzeba odpuścić i nie robić nic na siłę. Nagraliśmy więc w studio to, co gramy na żywo podczas koncertów. Jednocześnie płyta, nie ukrywam, nie oddaje całego klimatu panującego na koncercie. Nie znalazł się na niej cały wykonywany przez nas repertuar. Ciężko było mi wybrać, które piosenki wejdą na album. Starałam się, aby selekcja była najlepsza, aby na płytę trafiło to, co najcenniejsze. Płyta „Akustik Trio” to swego rodzaju baza do tego, co dzieje się podczas grania na żywo. Pozostawiliśmy więc celowo pewien niedosyt, aby słuchacza przekonać do przyjścia na koncert (śmiech).
Renata Przemyk
Być może zabrzmi to dość patetycznie, ale z Anną Saraniecką tworzy Pani duet wpisujący się niejako w pewną polską tradycję muzyczną – tradycję długoletniej współpracy tekściarz-wykonawca. Coś na wzór Przybora-Wasowski, Osiecka-Rodowicz.
Z Anką napisałyśmy wspólnie naprawdę sporo piosenek. Występuje między nami pewien rzadko spotykany rodzaj porozumienia. Anka pisze fantastycznie pod względem literackim i psychologicznym, ma specyficzne poczucie humoru, które bardzo mi odpowiada. To ironiczne spojrzenie na świat, na relacje ludzkie, zahaczanie o kolejne poziomy głębi, o prowokację – to mnie zawsze bardzo przekonywało w jej tekstach. Oczywiście od naszego pierwszego spotkania minęło już sporo lat i gdzieś, w tak zwanym międzyczasie, jest to uzupełniane o inne poboczne projekty. W teatrze piszę przecież muzykę do zaproponowanych już tekstów autorstwa innych osób. Chociaż nad spektaklami „Balladyna” i „Odjazd” pracowałam akurat z Anką. Nigdy nie odbywało się to jednak na zasadzie wyłączności. Fajnie jest czasami zrobić coś z kimś innym, aby później wrócić do pisania piosenek razem.
Nie chcę nazywać płyty „Akustik Trio” materiałem z cyklu „the best of”, ale nie da się ukryć, że materiał ten jest zamknięciem pewnego etapu. Powstaje więc pytanie: co dalej?
Każda płyta jest w pewnym sensie zamknięciem jakiegoś etapu w życiu artysty. W przygotowaniu jest już kolejny materiał. Jednak popularność płyty akustycznej sprawiła, że gramy teraz jeszcze więcej koncertów i nie mam czasu, aby skupić się na nowych rzeczach. Materiał muzyczny jest w zasadzie zebrany, potrzebuję tylko jeszcze chwilę na jego aranżację. Jakby tego było mało, to w ostatnim czasie udało mi się jeszcze zahaczyć o projekt kolędowy.
Mamy koniec listopada. Rozumiem, że płyta jest już gotowa?
Jeszcze nie jest gotowa (śmiech). Czas nas bardzo goni, święta za pasem! Już jutro jestem umówiona na kolejną sesję w studio. Nie będzie to jednak klasyczna płyta z kolędami. Jest to projekt artystki, która tworzy pod pseudonimem Megitza. Dziewczyna jest góralką, wróciła niedawno ze Stanów. Śpiewa w kilku językach głównie pieśni etniczne i folklor bałkański, a więc to, co też ostatnio mocno mnie interesuje. Spotkałyśmy się przypadkiem, ale wspólna fascynacja tamtymi klimatami sprawiła, że szybko między nami zaiskrzyło i umówiłyśmy się na nagranie wspólnego materiału kolędy świata. Płyta zawierać będzie kolędy z kilku krajów, w różnych językach, w różnych rytmach. Będzie ciekawie, klimatycznie i etnicznie. We mnie też w końcu drzemią góralskie korzenie. Płyta nazywa się „Dobra nowina”. I tak w ogóle można nazwać cały mój przekaz. Zależy mi na dzieleniu się dobrą energią.
Rozmowa przeprowadzona 26 listopada 2012 roku po koncercie Renaty Przemyk w Tarnowie.





Dodaj komentarz