Duet Palmer Eldritch niedawno oddał do naszej dyspozycji nowy materiał. W wywiadzie mówią o tym, czego brakuje im w polskiej muzyce, kto, według nich, stworzył w naszym kraju student rock oraz co było inspiracją do nagrania „Bluedive EP”. Zapraszam do lektury.

Zanim przejdziecie do lektury wywiadu, proszę o przeczytanie kilku słów wyjaśnienia. Zapis rozmowy, jaki widnieje poniżej, jest tak naprawdę jedną trzecią tego, o czym rozmawiałem z Raphem i diganem w piątkowe popołudnie 6 kwietnia w jednym z tarnowskim pubów. Dlaczego opublikowana została tylko część wywiadu? Z całej, ponad dwugodzinnej rozmowy, wycięta została sama esencja. Spotkanie miało charakter bardziej towarzyskiego meetingu, podczas którego rozmawialiśmy o muzyce, niż wywiadu ograniczonego schematami i ramami. Stąd też podjęliśmy decyzję o wycięciu wielu dygresji, odejść od tematu, salw śmiechu, całkowicie prywatnych wyznań i opinii, które zapewne nie zainteresowałyby wielu z Was. (Mateusz „Axun” Kołodziej)

Palmer Eldritch, czyli Raph i digan

digan: Byłeś ostatnio na koncercie Fisza w Tarnowie?

Mateusz Kołodziej: Byłem.
digan: I jak?

Całkiem spoko. Ucieszyło mnie to, że zagrali sporo starszych rzeczy. Emade zaprezentował się chyba najlepiej. (relacja z koncertu – przyp. red.)
Raph: Emade robi, według mnie, głupią rzecz, że angażuje się w projekty z raperami i przez to jego muzyka trochę traci. Ponieważ on wystarczająco rozbudowuje swoje kompozycje…
digan: Stary, co ty opowiadasz?! Przecież bity na „Zwierzę bez nogi” były robione właśnie pod takie proste, oldschoolowego rapsy.
Raph: Ale chociażby projekt z Ostrym.
digan: Nie! (śmiech) Mnie jest tylko szkoda, że Emade nie kontynuował swojej wizji muzycznej z okresu „F3” i płyty producenckiej. Te wszystkie fleciki, wstawki itd., to było naprawdę zajebiste.
Raph: Emade to jest jeden z najlepszych producentów w tym kraju. Wyrobił w pewnym momencie, jak mówisz, własny styl i od tego odbił.

Nie wydaje mi się, żeby współpraca z raperami była dla niego zgubna. Przecież Ostry czy Fisz to dobrzy, klasowi muzycy.
Raph: Rozmawiałem o tym kiedyś z diganem. W pewnym momencie utarło się, jakoś tak z góry, że ci wykonawcy robią dobrą muzykę i nie można tego zakwestionować.
digan: Studenci słuchają takich rzeczy, które mają niezbywalny fejm w mediach typu „Polityka”, „Gazeta Wyborcza”. Można by się zastanowić, czy to nie ma jakiegoś wspólnego źródła. (śmiech)
Raph: Tak! To jest tak, że wychodzi kolejny numer, na przykład „Przekroju”, w którym album Ostrego jest jak zwykle oceniony dobrze i ma notę, powiedzmy, cztery na pięć, pięć na pięć. Wydaje mi się, że większość redaktorów podchodzi do muzyki bardzo bezkrytycznie. Oni mogliby nawet tych jego płyt nie słuchać, bo i tak zakładają z góry, że napiszą o nich dobrze.
digan: Zastanawiam się, czy w tym nie tkwi siła Ostrego. Nie chcę mówić o tej muzyce bardzo źle, ponieważ to nie jest generalnie słabe. Przecież te płyty trzymają jakiś poziom, ale słuchając tego, doskonale wiesz, że to już było rok temu. Wystarczy napisać: że klasyczne bity, wers o Łodzi, o Bałutach, o sąsiadach i nie musisz nawet całych utworów słuchać. Przeskipujesz płytę, posłuchasz fragmentów kilku utworów. Nawet weźmiesz to, co pisałeś rok temu przy okazji wcześniejszego krążka i też będzie. (śmiech)

Czyli studenci słuchają Ostrego i Fisza, których lubią recenzenci kilku tygodników w Polsce. Kogoś jeszcze dodalibyście do tej grupy?
digan: Grabaż też cieszy się uznaniem w tych pismach typu „Polityka”.
Raph: Grabaż, według mnie, stworzył coś, co nazywamy studentcore, student rock. Wydaje mi się, że te wszystkie zespoły w stylu Happysad, Enej itd. mają taki jeden styl, który od razu przypomina projekty Grabaża. Chociażby stylistyka wokalna w ich piosenkach jest generalnie bardzo podobna.

Ale tego chcą słuchać ludzie. Przecież Enej stał się popularny dzięki telewidzom, którzy na nich głosowali w programie „Must be the music”. Może przemawia przez was lekka zazdrość, ponieważ udało się komuś innemu?
digan: Miałem iść ze swoją kapelą do „MBTM”, ale nasz basista powiedział, że nie jest łasy na fejm i woli grać w zadymionych klubach, a nie przed kamerami. (śmiech) Zresztą te wszystkie programy telewizyjne… Pamiętam, jak do „Mam talent” zgłosił się pewien zespół. Dla mnie grali całkiem spoko. Nie było to nic odkrywczego, ale dawali radę. Na pewno byli lepsi od masy wykonawców, których słuchamy w radiu, ale co z tego, jak Chylińska powiedziała, że wokalista jest dobra, a reszta zespołu jest do dupy. Kozyra też był na nie.
Raph: A propos Kozyry. Pamiętam odcinek, w którym zganił zespół grający naprawdę fajny jazz. Powiedział im coś w stylu: „Może gdybyście zagrali Lady Gagę…”. (śmiech) Z kolei po występie dziewczyny śpiewającej piosenkę „Tightrope” z repertuaru Janelle Monae stwierdził, że wokal jest ok, ale repertuar już nie. Wiesz, koleś był prezesem Radia Zet i wypowiada na temat muzyki – to jest smutne.

To jedyną receptą na wybicie się, jest granie komercyjnej muzyki?
digan: Żyjemy w Polsce, gdzie nie wybijesz się z niczym, co nie jest materiałem z Radia Zet, albo studentcorem.
Raph: Albo jak nie jest to płyta wydana w Asfalcie.
digan: Asfalt to studentcore. Oprócz tego, co robi Noon. (śmiech)
Raph: To, co robi Noon, jest pożywką dla portalu Porycs. Ludzi od nich mocno się jarali tą ostatnią płytą. Dejnarowicz zrobił tylko adnotację, w której napisał, że nie do końca zgadza się ze swoimi kolegami, że ten album nie jest w sumie aż tak dobry.

Ale zaraz, zaraz. Ten Typ Mes – chłopak się wybił, a jego płyt nie wydawał Asfalt. Jest raperem, więc porównania do Grabaża również nie będą tutaj miały nic do rzeczy.
digan: Stary, no ale zastanów się o czym jest „Alkopoligamia”?! Tam jest whisky, są cygara, kobiety. Mes miał wtedy 23 lata i wypowiadał się w roli eksperta. To jest komiczne. Wyobraź sobie, że spotykasz kolesia, który siedzi w kapeluszu, pije Ballantinesa z lodem, jest młodszy od ciebie, albo nawet w twoim wieku, i opowiada historie o zdradach. Wpadasz przecież ze śmiechu pod stół! (śmiech)
Raph: Mesowi to uchodzi na sucho.
digan: Ale żeby nie było… Jego kolejna płyta była w miarę zjadliwa, a „Kandydaci na szaleńców”, nie licząc drum’n’bassowych przyśpiewek i dubstepowych rzeczy, była bardzo ciekawa – szczególnie patrząc na to, co znajdowało się na płycie dodatkowej, chociażby fantastyczny numer z Pihem „Biała laska w kusej sukni z folii”. Cokolwiek by nie mówić, Ten Typ Mes jest jednym z tych wykonawców, na których płyty zawsze czekam. Jestem zawsze ciekawy, co nowego wymyśli.

Ale Mes chyba faktycznie miał takie przygody, dlatego o nich opowiadał w kawałkach. Chciał być po prostu autentyczny.
digan: I wraca teraz kwestia autentyczności. Musisz opowiedzieć to, co przeżyłeś. W rodzimym rapie utarło się, że to, o czym nawijasz, musi być prawdziwe.
Raph: Dokładnie! W.E.N.A. opowiedział w jednym ze swoich kawałków historię o chłopaku, którego pasją była koszykówka. Kiedy okazało się, że ta historia jest wymysłem, to wszyscy nagle zaczęli go hejtować, wypominać mu, że jest nieautentyczny. Jak tak w ogóle można? W Stanach słuchacze uznaliby to za dobry storytelling. Przecież już w 1998 roku Eminem leciał na takim patencie. „The Slim Shady LP” to jeden wielki storytelling, a my w Polsce ciągle wczuwamy się w jakąś autentyczność. To jest smutne.

Czy autentyczność nie jest ważna w muzyce? Nie o to w niej chodzi?
Raph: W muzyce chodzi o to, żeby przekazać jakieś emocje.
digan: Chyba ogólnie w sztuce. Emocja, według mnie, jest dobra, jeśli jest zamierzona przez twórcę. A jakich środków użyjesz – czy będziesz nawijał swoją prawdziwą historię, czy też zmyśloną opowieść, że jesteś robotem, albo przybyszem z Marsa, to już nie jest takie ważne.

Przysłuchując się tej rozmowie, nie dziwi mnie, dlaczego napisaliście na swoim facebooku, że nie macie inspiracji, że „wszyscy inni są chuja warci”.
digan: Bez przesady. (śmiech) Jest kilka rzeczy, których słuchamy i które nawet lubimy.
Raph: Przy płycie „Koniec świata” inspirowaliśmy się na przykład Godspeed You! Black Emperor, którego ja wcześniej nie słuchałem. Dopiero Digan puścił mi tę muzykę. Do tego Sigur Rós też się przewijali. Wpływy The Gathering i ich płyty „Souvernirs” również słychać. Trip rock i trip hop jako muzyka, już właściwie nie istnieje. Czytałem, bodaj w „Machinie”, recenzję płyty Tricky’ego, w której autor stwierdzi, że trip hop już umarł, że nie jest już w modzie. My chcieliśmy poprzez „Koniec świata” w jakiś sposób przypomnieć słuchaczom o tym trip rocku, trip hopie. Mówię to otwarcie – jaram się mocno trip hopem i strasznie dziwią mnie takie opinie, ponieważ dla mnie jest to na tyle otwarty gatunek, że w jego ramach można jeszcze dużo zrobić. Nie wiem jak ty uważasz?
digan: Dużo rzeczy, które powstały na przestrzeni ostatnich 15 lat, jest zjadane przez wtórność. W post rocku było to zresztą dość mocno słychać. Jest GY!BE, właściwie jako taki swego rodzaju pomnik, a później ciężko znaleźć coś nowego, innowacyjnego. Tak samo jest z dubstepem, który w dużej mierze robiony jest na tym samym patencie. Gdyby się tak zastanowić, to chociażby grunge również szybko się skończył, zaraz po Kurcie Cobainie. Później, owszem, było jeszcze coś takiego jak post grunge, w który zaangażowany był zespół Pearl Jam, ale nie była to do końca ta sama muzyka. Zbierając wszystko razem, chodzi mi o to, że przez te ostatnie lata mamy do czynienia z sytuacją, w której pojawiają się nowe gatunki muzyczne. Gatunki te otwierają się w wielkim stylu, ale później się nie rozwijają. Przychodzi moment, w którym pojawia się masa podobnych do siebie wykonawców, którzy wykorzystują w kółko te samem patenty. I najgorsze jest to, że ta masa, nazwijmy to, twórców trafia w gusta kolejnej masy, tym razem słuchaczy, którzy łapią się w tę pułapkę, ponieważ chcą być na czasie. Wiecie jaki jest, według mnie, problem z post rockiem? Siła GY!BE tkwiła w tym, że jako zespół posiadali instrumentarium. Ci wszyscy następni wykonawcy, którzy pojawili się po nich, opierali się generalnie na dwóch gitarach, basie i perkusji. Nie chcę już wchodzić w rozkminę, jak to wszystko się rozwinie. Na ten moment mamy erę wszystkiego „post”. Nie uważam, żeby w muzyce rockowej było jeszcze dużo do zrobienia, ale coś tam jeszcze zostało, coś można pokombinować.

Okładka „Bluedive EP”

A w polskiej muzyce jest coś, czego wam brakuje?
Raph: Wiecie czego mi brakuje w polskiej muzyce? Takich naprawdę dobrych płyt progresywnego rocka.
digan: A SBB? A Niemen?
Raph: No tak, wiadomo, ale w Polsce mamy jeszcze sporo gatunków, które ledwo dotknęliśmy. Chociażby ambient. Masz Jacaszka i… (chwila zastanowienia – przyp. red.). Post rock tak samo, jakby nie istniał dla krajowych wykonawców.
digan: Taka Coma jest aktualnie na etapie „średniego Toola” i „średniego Pearl Jamu”, więc może jeszcze kiedyś, za kilak lat, przyjdzie do nas ten post rock w takiej czystej postaci, o jakiej tutaj mówimy.

Nie chce mi się wierzyć, że w Polsce nie ma żadnej kapeli post rockowej.
Raph: Mam kumpla w rzeszowskim zespole Spiral, który wydał nawet legalną płytę – przy okazji, polecam wszystkim. Dlaczego o nich mówię. Członkowie zespołu zaznaczają, że inspiracją dla nich jest post rock, ale ja słyszę tam głównie bardziej trip hop. Wydaje mi się, że jeśli ten post rockowy wykonawca gdzieś tam w Polsce jest, to nie ma możliwości wypromowania się, wypromowania swojej twórczości.
digan: Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jest to też kwestia tego, kto przychodzi na koncerty. Jeśli jest to stado licealistów, które chce pogować do każdej melodii, to nie jest fajnie.
Raph: Podsumowując ten temat, Polska jest zamknięta na muzykę.
digan: Na zachodzie co chwilę wypływają jakieś nowe rzeczy, ludzie interesują się, szukają często sami. U nas jest z tym problem.

Dobra, pogadajmy o waszej nowej płycie. Pierwsze, co daje się zauważyć, zanim jeszcze włączymy muzykę, to fakt, że „Bluedive” jest krótsze od poprzedniczki. Dlaczego?
digan: Faktycznie, jest trochę bardziej skompresowana.
Raph: Nie chcieliśmy za bardzo przesadzać z tym materiałem. Nie ukrywamy, że „Bluedive” traktowaliśmy jako rodzaj pewnego odpoczynku…
digan: …a nawet rozrywki. Chcieliśmy sięgnąć po coś innego niż na „Końcu świata”, gdzie jest dużo post rocka i masa zamulonych rzeczy.
Raph: Na tej epce chcieliśmy pójść bardziej w stronę dream-popu. Wyszło, jak wyszło.
digan: Dream-pop był dla „Bluedive” tylko punktem wyjścia. Później od niego odchodzimy w każdym kawałku.
Raph: A chujowizna jest tylko skutkiem ubocznym. (śmiech)

Czyli co, materiał się wam nie podoba? Nie jesteście z niego dumni, jaki autorzy?
Raph: Jestem dumny z epki! Z „Końca świata” też byłem dumny, bo nie był on efektem powielania patentów ze wcześniejszych naszych dokonań, ale okazał się rzeczą nową.
digan: Ja w sumie też… Chociaż byłem bardziej dumny z „Końca świata”. Ja zwykle mam tak, że robię płytę, zaczynam do niej wracać, by później jej nienawidzić. Teraz jestem na takim etapie, że strasznie irytuje mnie brzmienie „Bluedive”. Złości mnie to do tego stopnia, że chętnie wszedłbym do porządnego studia i zmiksował wszystko jeszcze raz, od nowa. (śmiech) Znając jednak siebie, już teraz mogę powiedzieć, że za kilka tygodni zmienię zdanie i stwierdzę, że materiał daje jednak radę.
Raph: Miałem podobnie z „Końcem świata”. „Testament” był chyba jednym z pierwszych tracków, jakie zrobiliśmy z myślą o tamtej płycie. To był taki numer, którego słuchałem i myślałem sobie: „O kurwa, coś nowego!”. Strasznie się nim jarałem, słuchałem go dużo. Teraz, z perspektywy czasu, utwór wydaje mi się taki zwykły.

Co było inspiracją do nagrania „Into the Ocean”?
Raph: digan poddał pomysł, aby zrobić płytę, która będzie nosić tytuł „Bluedive”. Wiadomo, blue – niebieski, dive – tonięcie. Stwierdziłem więc, że warto zrobić coś oceanicznego, coś, co od razu skojarzy się z oceanem. Generalnie wydaje mi się, że to jest najsłabszy numer na epce, ale zauważyłem, że ludzie często się nim jarają. Tak samo „Blue Noir” też ma dobry odzew.
digan: Dla mnie „Blue Noir” to jest swego rodzaju powrót do korzeni i tylko to mnie w nim bawi – że to jest taki korzenny trip rock.

Ale dlaczego właściwie ten ocean? Co wy od niego chcecie?
Raph: Ocean funkcjonuje na naszej płycie jako metafora ucieczki. Patrzysz na ten ocean i myślisz sobie: „Co on skrywa?”. My przecież nic o oceanie nie wiemy! Na „Bluedive” poruszamy tematykę opadania, spadania w głąb tego oceanu.

Teraz pogubiłem się już zupełnie… Co w tym wszystkim robi Palmer Eldritch, postać z książki Dicka?
digan: Na „Końcu świata” i „Bluedive” nie ma żadnych nawiązań do historii z książki „Trzy stygmaty…”. Nie przewidujemy również muzycznie niczego, co nawiązywałoby do powieści Dicka. Palmer Eldritch jest bardziej naszym patronem.
Raph: Możesz zawsze powiedzieć, że te nasze płyty, to taka ucieczka od rzeczywistości, jak często ma to miejsce w utworach tego pisarza, ale to byłoby szukanie ideologii trochę na siłę.
digan: Który artysta nie chce, żeby jego płyta była dla słuchaczy ucieczką od rzeczywistości? (śmiech) Nasza muzyka nie jest jednak ani streszczeniem, ani nawiązaniem do „Trzech stygmatów Palmera Eldritcha”.

Ja dorobiłem sobie właśnie małą ideologię do waszych dwóch płyt, licząc na to, że kolejna będzie swego rodzaju uzupełnieniem tych tytułowych „trzech stygmatów”. (śmiech)
digan: No jest to pewien pomysł… W każdym razie, kolejny materiał powstaje.
Raph: Mamy już dwa numery.
digan: To też będzie zresztą dołujący materiał, będzie pasował do wcześniejszych.

Jesteście młodymi ludźmi. Skąd w was te depresyjne klimaty?
digan: Ja miałem niedawno urodziny, za którymi niezbyt przepadam, bo to jest taki dzień, w którym zdajesz sobie sprawę z upływającego czasu, spoglądasz za siebie co zrobiłeś. Raph nie jest z kolei fanem wiosny, zawsze ma wtedy depresję i to na pewno odbije się na naszej muzyce, którą teraz tworzymy.

Możecie zdradzić czytelnikom coś więcej na temat pomysłu na kolejny album?
Raph: Ten nowy materiał będzie zupełnie inny od tego, co robiliśmy do tej pory. Na „Bluedive” można znaleźć jeszcze jakieś odniesienia do wcześniejszych czasów. Teraz będzie faktycznie nowe dla nas brzmienie. Digan zażartował zresztą niedawno, że ten nowy materiał będzie płytą, której nikt nie będzie chciał słuchać.
digan: Może nie aż tak. (śmiech) Płyta będzie po prostu wymagać cierpliwości od słuchacza. Poza tym, te wszystkie rzeczy robione do tej pory pod szyldem Palmer Eldrich są przygotowaniem do większego projektu. Przygotowujemy się do nagrania płyty o arcymistrzu szachowym Bobbym Fischerze, który dla mnie, jako zapalonego szachisty, jest niesamowitą postacią. On w wieku szesnastu lat zaczął występować na poważnych turniejach o mistrzostwo świata. W pewnym momencie stwierdził, że w swoim fotelu ma zamontowany odbiornik, przez który Rosjanie nadają sygnały radiowe, aby go zmylić. Tego typu fazy. (śmiech) Kiedy w końcu zdobył mistrzostwo świata, zniknął na dwadzieścia lat. Przestał grać, wstąpił do jakiejś sekty, mieszkał w Kanadzie, przebywał na Islandii. Niesamowita historia, której nie będę teraz przecież opowiadał. W każdym razie, pomysł na płytę jest taki, że inspiracją ma być właśnie życie Fischera. Od strony muzycznej będzie to projekt bardziej rozbudowany od naszych poprzednich płyt. Chcemy zaprosić do współpracy instrumentalistów. Na ten moment za wcześnie mówić cokolwiek więcej, ponieważ to jest dopiero plan. Nie mamy zarejestrowanego żadnego utworu z myślą o tej płycie. Myślę, że wystartujemy z tym dopiero w okolicach lipca.
Raph: Dochodzi do tego jeszcze kwestia, że nie znamy się zbyt dobrze na nutach. Chcielibyśmy przez ten czas poduczyć się muzyki od tej teoretycznej strony, aby w zamierzeniu bardziej komponować niż produkować.

Pojawił się temat nut, który stanowi dobry pomost do kolejnego etapu, a więc pytań nadesłanych przez internautów. Pytanie do Digana: czy zapisujesz nuty Caps Lockiem?
digan: Nie, nie zapisuję nut Caps Lockiem. Kupiłem sobie w tym celu zeszyt i pióro, tam wszystko ładnie zapisuję. Na razie to tylko wprawki, żadne partytury jeszcze (śmiech).

Kolejne pytanie od internauty: Raph, na kogo głosowałeś w ostatnich wyborach?
Raph: Jako zdeklarowany lewicowiec głosowałem na Ruch Palikota. Jestem jednak trochę zawiedziony tym, co do tej pory zrobili. Na poziomie wizerunkowym jak najbardziej wygrali, ale co dalej?
digan: Ja nie spodziewałem się po nich niczego – tzn. widać, że zebrali ludzi, dostali się, ale nie mieli pomysłu na to, co dalej. Osobiście głosowałem na Platformę. Mam nadzieje, że się coś tam kiedyś wykluje z tego Ruchu ciekawego i wtedy będę już mógł na nich spokojnie głosować.

Co słychać w szeregach eF E Armii? Pytanie uzupełniające ode mnie: czym właściwie jest eF E Armia?
Raph: eF E Armia jest to moja grupa znajomych, z którą robię kawałki dla tzw. beki. Aktualnie nie dzieje się nic, chociaż cały czas zapowiada się na to, że dziać się będzie. (śmiech)

Skoro jesteśmy przy grupach muzycznych, to od razu zapytam o Skwer.
Raph: Kidd wpadł ostatnio na pomysł, żeby stworzyć składak, w które to plany jesteśmy zaangażowani. W planach jest stworzenie nawet netlabelu, nowego Skweru, takiej jakby drugiej fali. Zbieramy ludzi, kończymy aktualnie swoje poszczególne projekty, m.in. moją hip-hopową płytę z Kecajem, i niedługo powinno być już wiadomo więcej na temat składaka.

Dobra panowie, to ja dziękuję za poświęcony czas i ciekawą rozmowę. Czekam na nowe projekty.
Raph: Jeszcze na koniec chciałbym pozdrowić mamę digana, ponieważ jej to obiecałem. Propsy!

Palmer Eldritch

* * * * *

Palmer Eldritch to projekt muzyczny w klimatach trip-hop/trip-rock/post-rock, powstały w wyniku zderzenia dwóch osobowości – Rapha i digana. Chęć złożenia hołdu zespołom takim jak m.in. The Gathering czy Aphrodite’s Child, a równocześnie odwołanie się do klimatów spod znaku GY!BE, zaowocowała stworzeniem w pełni autonomicznego sposobu wyrażania siebie poprzez muzykę.

Raph – raper, producent. Swoją poważną przygodę z muzyką rozpoczął w 2005 roku, kiedy to wraz z Miszczifem (dawniej Sck) utworzył skład Neternalz, w którym udziela się do dziś. W 2007 roku, poprzez frustrację wynikającą z niemożności uzyskania odpowiednich podkładów do jego emocjonalnych tekstów, postanowił wziąć sprawy w swoje ręcę i zainstalował Fruity Loopsa. Niedługo później założył z Natanaelem Soporem (dawniej Kiur, Substitute) eksperymentalny duet producencki Introverbes. Twórca solowego projektu Matthew Murdock, w ramach gatunku zwanego abstract hip-hopem.

digan – producent, gitarzysta. W 2008 roku wydał płytę „Banned Cartoons”, która odbiła się dość szerokim echem wśród polskich fanów abstrakcyjnego hip-hopu instrumentalnego. Także autor „Cloverleaf Quasar”, wydanego na początku 2011 roku, będącego hołdem dla muzyków spod znaku space rocka. Autor instrumentalnych epek, których nikt już nie potrafi zliczyć, łącznie z nim samym. W międzyczasie utworzył zespół rockowy Death Letter Blues, w którym aktywnie się udziela jako gitarzysta, główny kompozytor, producent i autor tekstów. Hejter z zamiłowania. (źródło opisów: facebook.com)

4 responses to “Palmer Eldritch – „Bluedive” traktowaliśmy jako rodzaj pewnego odpoczynku (wywiad)”

  1. za dlugie. nie chce mi sie czytac ale i tak propsuje za muzyke

    Polubienie

  2. typki, ktorych nie kojarzy 99% sluchaczy, a maja czelnosc czepiac sie takich artystow jak ten typ mes i grabaz. to jest dopiero „smieszne”!

    Polubienie

  3. Myślę, że mniej niż 99%, więc to nie o nas :(

    Polubienie

  4. FAJNYCH MASZ KOLEGÓW DIGAN JAKIES LEWACKIE ŚCIERY

    Polubienie

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Autor

moje życie w obrazkach

ostatnio popularne