W moim muzycznym 2010 roku dominowały trip hop, elektronika i zaskakująco mało, jak na mnie, rock. Jednak to właśnie płyty rockowe królują w moim podsumowaniu (3/5), bo choć ten gatunek muzyczny miał mało, moim zdaniem, w tym roku dobrych płyt, to jednak zdarzały się albumy genialne, o czym przeczytacie poniżej.
Zanim przejdę do podsumowania, dodam że naprawdę ciężko było mi wybrać to TOP5 płyt roku 2010. Największy problem miałam z Massive Attack i ich wydanym w lutym „Heligoland” (sprawdź recenzję), ostatecznie wybrałam innego bristolskiego wykonawcę.
Tak więc, już ostatecznie, pięć TOP płyt zagranicznych (bo nie słucham muzyki polskiej). Pięć płyt, z którymi naprawdę warto się zapoznać, jeśli jeszcze nie znacie.
NAJLEPSZE
PŁYTY 2010 ROKU – ZAGRANICA
1. Arcade Fire „The Suburbs”
Sama sobie się dziwię, że odkryłam ten zespół tak późno. To już trzecia płyta Kanadyjczyków, którzy z płyty na płytę nagrywają coraz wspanialsze dźwięki. Dużo tu gitar, klawiszy, różnych instrumentów, których nazw nie sposób spamiętać. Ponad siedem osób w zespole, musicie przyznać, trochę nietypowo jak na dzisiejsze czasy. Płyta nagrywana tylko na sprzętach analogowych, bez użycia nowoczesnej technologii. Album na wieczór, na co dzień, na chill out i złapanie chwili oddechu. Z wspaniałymi, sielankowymi, życiowymi tekstami. A singiel „We Used to Wait”, to naprawdę jeden z najlepszych utworów tego roku, jak nie najlepszy. Sięgajcie po ten album, bo warto, nie zawiedziecie się jeżeli lubicie rocka, klimaty Springsteena czy Dylana. Zagraniczne media już nazywają ich „następcami U2” i kto wie, czy w przyszłym roku nie odwiedzą Polski na jakimś letnim festiwalu.
2. The Dead Weather „Sea of Cowards”
W zeszłym roku ich debiutancki album był dla mnie płytą roku. Drugi, wydany w maju, nagrywany jak to w tej grupie, raz a porządnie, bez siedzenia nad materiałem i przerabiania go sto razy. Pełen rockowego kopa, energii, jakiej nie spotka się na żadnym innym albumie w tym roku. Świetne teksty, muzyka, tak wciągający album, że nie sposób się od niego oderwać. Nikt współcześnie nie gra muzyki rockowej tak genialnie na albumach i na żywo jak ta czwórka. A chwalić trzeba, bo kto wie, czy nagrają jeszcze kiedyś coś razem. Oby! (sprawdź recenzję)
3. Kings of Leon „Come Around Sundown”
Z tym zespołem sprawa ma się najgorzej. Przynajmniej jak dla mnie. Jak mam subiektywnie oceniać album, na który najbardziej czekałam w tym roku? Płytę grupy, w której zakochałam się po ich koncercie na zeszłorocznym Open’erze? Ciężka sprawa, bo z góry wiadomo, że będę się tym albumem niesamowicie zachwycać, ale ha ha, tym razem słusznie. Ta płyta, ten „powrót do korzeni”, to coś naprawdę wspaniałego. Kings of Leon nareszcie odnaleźli swój własny styl, będący połączeniem muzyki spokojniejszej w stylu albumu „Only by the Night” (sprawdź recenzję) a rockowymi szaleństwami z pierwszych trzech płyt. Do tego jeszcze dodali swobodę, radość, przeróżne instrumenty i wyszedł im jeden z najlepszych albumów tego roku, i najlepszy w całej ich muzycznej karierze.
4. Gorillaz „Plastic Beach”
Ta płyta, to jak obrazek z podpisem „XXI wiek”. Pełna nowych brzmień, łączenia gatunków pozornie niedających się połączyć. Wypełniona świetnymi nutami, przeróżnymi artystami. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: jest hip-hop, rock, elektronika. Damon Albarn po raz kolejny pokazuje, że nigdy nie będzie można przypisać go do danego gatunku muzycznego. Tym bardziej samego Gorillaz, bo kto spodziewałby się po tym animowanym kolektywie takiej płyty? Zaraz obok najnowszej płyty Marka Ronsona najbardziej pogodna muzycznie płyta tego roku.
5. Tricky „Mixed Race”
Last, but not least. Początkowo było tu Massive Attack, a jednak zostawiłam Tricky’ego. Bo jak dla mnie „Mixed Race” bije „Heligoland” kolegów Thawsa na głowę. Po latach poszukiwań Tricky nareszcie tworzy muzykę, która odzwierciedla to, co mu wychodzi najlepiej, bez niepotrzebnych kombinacji. Wcześniejszy album, „Knowle West Boy”, już był albumem idealnym, a najnowszemu „Mixed Race” też niczego nie brakuje. Artysta łączy różne style i przy okazji jego albumów zawsze pojawia się pytanie: Jak wiele Tricky’ego na płytach Tricky’ego? Odpowiedź odnośnie najnowszego krążka brzmi: Zadziwiająco dużo. Myślę, że ten album jest tak dobry dlatego, że on już nic nikomu nie musi udowadniać. Może nagrywać świetne, bądź gorsze albumy, a i tak już na zawsze pozostanie kimś wyjątkowym we współczesnej muzyce i jedną z najważniejszych postaci lat 90. Tak więc dużo tu trip-hopu, reggae, mroku, elektroniki, elementów bluesa, wszystkiego, za co warto zapoznać się z tym wykonawcą. Plus głos Franky Riley, wisienka na torcie. Idealny album na jesień.




Dodaj komentarz