Pearl Jam jest dla mnie zespołem idealnym. Grają grupowo, mają uwielbianego przez publiczność lidera oraz wspaniałe, emocjonalne teksty i świetną muzykę.
Gdy zaczynali grać jeszcze nie było mnie na świecie. Ale jakie to ma znaczenie? Powiedzmy sobie szczerze, przyszłość to młodość, a jeśli ich muzyka trafia nadal do dalszych pokoleń to chyba nie jest z nią tak źle. Do Beatlesów droga daleka, ale oni nigdy nie chcieli nimi być. Zamiast rozgłosu wybrali muzykę. Sztukę.
Dzięki szczerości znaleźli sobie mnóstwo fanów na całym świecie. Mówi się, że już nigdy nie dosięgną poziomu „Ten” czy „Vitalogy”, a wszystkie inne płyty są kiepskie. A jednak dla mnie to zespół bez „słabych” płyt, bo podobnie jak w albumach Led Zeppelin, na każdym ich krążku jest mnóstwo pięknych chwil.
Pearl Jam – „Backspacer” (okładka)
„Backspacer” to… żywioł! Energia emanuje już od pierwszej piosenki! Numer 5, oho, ballada. Zalatuje trochę „Betterman” (gitara), nie jest źle. Potem dominują dźwięki w stylu starego dobrego Pearl Jam, niby ballada, po czym Mike McCready gra taką solówkę, że jestem o krok od uznania go za zagubionego syna Hendrixa. Numer 8, czad jak w pierwszych numerach, później końcówka to znowu stary, emocjonalny Dżem babci Pearl.
Nie ma tu żadnych rewolucji, to nadal Pearl Jam, jaki pokochało miliardy ludzi. Aczkolwiek da się wyczuć tutaj wyraźną zabawę, energię, jakby odjąć chłopakom po 20 lat. Wcześniejszy album, „Pearl Jam” z 2006 roku, był oburzeniem chłopaków na rządy Busha (w warstwie lirycznej). Brak nadziei oraz beznadziejność sytuacji kraju była główną inspiracją chłopaków. Teraz wiadomo, nowy prezydent, nowe czasy… Thank you Barack?
Z pewnością nowe utwory zabrzmią świetnie na koncertach. Panowie, Polska zaprasza i błagam, byle nie Chorzów, Spodek!





Dodaj komentarz