Jakoś tak wyszło, że moje artykuły w tym numerze są o kobietach i to na dodatek z Filadelfii. Co zrobić? Więc jak już Drogi Czytelniku , przeczytałeś ten króciutki wstęp, to pokuś się o dalszą lekturę i poświęcenie kilku minut z życia…

 

Szukanie drogi w życiu.
Jill Scott urodziła się w Filadelfii 4 kwietnia 1972 roku. Muzyką interesowała się od dziecka… a właśnie, że nie! Trochę inaczej niż w przypadku innych, prawda? Niezwykła kobieta i tyle. Więc co się działo z Jill przed tym, zanim została gwiazdą muzyczną? Interesowała ją bardzo poezja, sama też z resztą pisała. Teatr – to też było jej zajęcie, chociaż nie na długo. Jill pedagog? Kto by nie chciał mieć z nią lekcji?! A jednak i ta droga w jej życiu nie okazała się trafna. Co przeszkadzało jej w osiągnięciu sukcesu w tym zawodzie? Nowe pomysły, awangarda i dobre podejście do ucznia. Śmieszne, ale prawdziwe. Bardziej doświadczonym kolegom z pracy nie spodobało się to, iż Scott chciała aby szkołę pomalowano w żywe kolory – każdą ścianę inaczej.

Pierwsza miłość na zawsze.
Jill postanowił wrócić do swojej pierwsze i jedynej miłości jaką jest oczywiście poezja. Spróbowała jednak w trochę inny sposób. Teksty nagrała do muzyki i spodobało się to nie jednej osobie. W gronie ludzi, którzy pomogli jej w początkach kariery była legenda filadelfijskie sceny j (i nie tylko , bo chyba nawet światowej) Jazzy Jeff. Był pod wrażeniem tego, iż dziewczyna, bez lekcji śpiewu potrafi wydobyć z siebie takie dźwięki. Współpraca zaowocowała nagraniem trzech wspólnych piosenek, m.in. słynnego już ?A Long Walk?. Świetny kawałek od razu przyciągnął wydawców, jednak szczęśliwcem, z którym wokalistka podpisała kontrakt była firma Hidden Beach. Tak było w 1999 roku.

Albumy, nagrody, flesze…
Dalej poszło już gładko. W 2000 roku na rynku fonograficznym pojawił się debiutancki album zatytułowany „Who Is Jill Scott? Words and Sounds Vol. 1”. Płytę promowały „The Way” oraz wspomniany wcześniej „A Long Walk”. Materiał okazał się wielkim hitem. Został on bowiem nominowany do nagród Grammy w kategorii na Najlepszy album R’n’B, a jego autorka otrzymała nominacje w kategorii na Najlepszego Nowego Artystę. Sprzedaż krążka była tak duża, iż piosenkarka otrzymała za nią podwójna platynę. W 2001 roku dla swoich fanów Jill Scott przygotowała dwupłytowy album koncertowy „Experience: Jill Scott 826+”. Dzięki tej płycie możemy doświadczyć scenicznego temperamentu wokalistki, którego nie da się chyba nikomu podrobić. Piękna rzecz i tyle.

Na kolejny album Jill kazała czekać 3 lata. Dla niektórych aż, dla innych tylko. Jednak to, co na nim możemy usłyszeć, zaspokoi chyba każdego, nawet najbardziej wybrednego słuchacza. Materiał wyprodukowany m.in. przez James’a Poyser’a, P-Nut’a, czy Ant Bell’a w połączeniu z wokalem czarnoskórej artystki daje nam prawdziwe dzieło sztuki. Płyta potwierdza jej ogromne możliwości wokalne oraz talenty do pisania tekstów. Muzyka jaką możemy dzięki niej usłyszeć to mieszanka r’n’b, noesoulu ze szczyptą jazzu, hip hopu i funku. Muzycznie Jill Scott może się chyba uznać za osobę spełnioną. Przecież współpraca z takimi osobami jak Common, The Roots czy wspomniany wcześniej już Jazzy Jeff to jest coś. A ta kobieta ma na swoim koncie przecież jeszcze trzy wspaniałe albumy sprzedane w ogromnej ilości sztuk, kilka nominacji do muzycznych Oscarów jakie są Nagrody Grammy – i co chyba najważniejsze otrzymanie takiej statuetki za piosenkę „Cross My Mind” w 2005 roku.

O poezji Jill nigdy nie zapomniała, zresztą jest ona obecna w jej tekstach od pierwszej płyty. Ale poezja w dosłownym tego słowa znaczeniu nie opuściła głowy artystki do dziś. W kwietniu 2005 roku pojawił się w księgarniach nawet tomik wierszy piosenkarki pt. „The Moments, The Minutes, The Hours”. Pomimo sukcesu artystka dalej pozostaje skromną osobą. Pamięta także o innych. Pragnie, alby każdy miał szansę na dobry start w dorosłym życiu. Dlatego ofiarowała 100 tysięcy dolarów na rzecz fundacji Blues Baby , która to funduje stypendia naukowe dla młodzieży w wieku od 16 do 21 lat. Pieniądze przeznaczone na kształcenia mają pomóc w znalezieniu lepszej pracy i realizacji marzeń. Jill Scott nie boi się także zabierać głosu w drażniących tematach. Ostatnio wypowiedziała się na temat degradacją czarnoskórych kobiet we współczesnej muzyce. Swoją degustację tą sytuacją wyraziła na seminarium w ramach festiwalu Essence Music w słowach : „Nasz wizerunek w muzyce jest niewłaściwy i zniekształcony. Zasługujemy na coś lepszego. Musimy zdecydować, na co możemy pozwolić. Możemy domagać się zmian i możemy sami wprowadzać zmiany. Spróbujcie wywrzeć wpływ na producentów rezygnując z zakupu płyt takich artystów, którzy nas obrażają”.

Osobiście mam także nadzieję na poprawę tej chorej przecież sytuacji, bo jak widać jestem bardzo zafascynowany muzyką czarnych wokalistek. A co do bohaterki tego tekstu to czekam z niecierpliwością na kolejny krążek. O zawartość i poziom muzyczny się nie boję, bo ktoś taki jak Jill Scott po prostu źle nagrywać nie potrafi.

RapStrefa #2 (sierpień 2006)

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Autor

moje życie w obrazkach

ostatnio popularne